Wiadomości

Banki rozkręciły rynek polis, rekordowe wyniki branży

Banki rozkręciły rynek polis, rekordowe wyniki branży

FINANSE W ciągu trzech kwartałów Polacy wydali na polisy na życie prawie 29,5 mld zł


Zaskakująco dobre dane z rynku ubezpieczeń na życie: Komisja Nadzoru Finansowego poinformowała wczoraj, że w ciągu trzech kwartałów tego roku wydaliśmy na tego typu produkty 29,5 mld zł, aż o 57 proc. więcej niż rok wcześniej. Tak znakomitych wyników ten rynek nie miał jeszcze nigdy.

Paradoks polega na tym, że dobre dane nie przekładają się na zyski ubezpieczycieli. Powód: skok dynamiki to efekt popularności lokat bankowych opakowanych w polisy. Dzięki temu zabiegowi nie trzeba płacić podatku Belki. Banki chętnie sprzedawały takie produkty, a ubezpieczyciele dostarczali opakowań. Za wzrost tej części rynku odpowiadają przede wszystkim trzy firmy: PZU Życie, PKO BP i Millennium. PZU Życie dzięki współpracy z tymi bankami zebrał na koniec III kwartału 10,7 mld zł składek, prawie dwa razy więcej niż przed rokiem.

Problem w tym, że tzw. antybleki mogą z rynku bardzo szybko zniknąć. Royal Polska podał niedawno, że z 1000 zł składki ma zaledwie 2 zł zysku. Towarzystwa mogły pozwolić sobie na tak niskie marże, dopóki kapitał na rynku był tani. Dziś już wiadomo, że z rentownością ubezpieczycieli nie jest najlepiej. Zyski towarzystw życiowych, według danych Głównego Urzędu Statystycznego, po III kwartałach wyniosły 2,17 mld zł. Rok wcześniej było to o 700 mln zł więcej.

Całkiem możliwe, że był to dla ubezpieczycieli życiowych ostatni dobry rok. – 2009 r. przyniesie nie tylko wyhamowanie dynamiki, ale wręcz spadek nominalnej wartości składek – mówi Marcin Mazurek, szef Intelace Research, firmy analizującej sektor finansowy. W porównaniu z rynkiem życiowym segment majątkowy zamknął III kwartał bez fajerwerków. Na tego typu polisy wydaliśmy 15,4 mld zł, o 11,8 proc. więcej niż przed rokiem. – Wzrost rynku majątkowego wynika głównie z podatku Religi. Oczywiście to nie jest jedyna przyczyna – twierdzi Marcin Broda, wiceprezes firmy Ogma monitorującej rynek ubezpieczeniowy. Na szczęście zarówno dla towarzystw, jak i dla ich klientów od 1 stycznia podatek Religi – kosztujący rocznie kierowców 700 mln zł – znika.

Eksperci przewidują, że trzeci kwartał to ostatni okres stabilnego wzrostu rynku majątkowego. – Ostatnie dane pochodzą z końca września, czyli z okresu, gdzie o kryzysie jeszcze nie mówiono tak wiele, a koniunktura w Polsce była dobra. Oczywiście nie ma mowy o spadku wartości składek na przykład o 20 proc. Rynek majątkowy będzie w przyszłym roku rósł, ale powoli, w tempie 4 – 7 proc. – twierdzi Broda.

Marcin Tarczyński
Dziennik Finansowy

Zachód nie ufa naszej walucie

Bank JP Morgan chciał manipulować kursem złotego?

Analitycy banku JP Morgan opublikowali niepokojące dla Polski opracowanie, w którym stwierdzają m.in., że kryzys walutowy grozi poważnym osłabieniem polskiej waluty. Polscy ekonomiści twierdzą, że amerykański raport jest nierzetelny, nieprofesjonalny i że bank mógł chcieć wpłynąć nim na kurs złotego.

W opublikowanym wczoraj raporcie analitycy JP Morgan napisali: „Główną walutą, w której obecnie widzimy słabość, jest złoty. (...) Polska wydaje się mieć mniejszą poduszkę niż Węgry i w razie kryzysu zostałaby prawie bez rezerw” - podaje "Rzeczpospolita".

"JP Morgan to największy bank w USA. Według jego analityków w ostatnim czasie bardzo szybko rósł krótkoterminowy dług zewnętrzny Polski. Wylicza, że w przyszłym roku możemy być zmuszeni spłacić 96,3 mld dol. Tymczasem rezerwy walutowe wynoszą tylko 59,5 mld dol., a trzeba jeszcze finansować import (19,6 mld dol.) Zdaniem JP Morgan Polska może pożyczyć z MFW do 12,8 mld dol. i odsunąć spłatę połowy krótkoterminowego długu. Jednak nawet w przypadku takiego scenariusza zostanie nam zaledwie 4,5 mld dol. rezerwy. Węgrom w podobnej sytuacji zostałoby 14 mld dol., Czechom 23,7 mld dol. – W razie kryzysu Polska miałaby więc największe problemy z pozyskaniem finansowania – uważa JP Morgan." - czytamy dalej.

Polscy ekonomiści są oburzeni raportem. Oceniają go jako nierzetelny i niegodny profesjonalnych analityków. Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, uważa, że Amerykanie wykorzystali nieaktualne dane. "– O tym, że krótkoterminowe zadłużenie przekroczyło poziom rezerw dewizowych, wiadomo było już w połowie roku. Wynikało to z wysokiej, 40-proc., dynamiki przyrostu kredytów w walutach obcych. Od tego czasu akcja kredytowa bardzo mocno osłabła." - czytamy w "Rzeczpospolitej".

Niektórzy analitycy twierdzą nawet, że raport miał na celu osłabienie kursu złotego. Na szczęście nie przyniósł spodziewanego efektu. Z powodu spowolnienia popytu wewnętrznego i ograniczeń w udzielaniu kredytów agencja Standard&Poor's zrewidowała wczoraj perspektywę ratingu zadłużenia długoterminowego Polski w walucie zagranicznej z pozytywnej do stabilnej. Jednak w jej ocenie Polska uniknie recesji, a wzrost PKB w 2009 r. wyniesie ok. 4 proc.

Więcej na ten temat w artykule Elżbiety Glapiak "JP Morgan chciał uderzyć w złotego?" w dzisiejszym wydaniu "Rzeczpospolitej".

KW


Zachód nie ufa naszej walucie

Złoty w ubiegłym tygodniu przeżywał ciężkie chwile. Kurs przekraczał kolejne bariery, aż w końcu osiągnął pułap 3 zł za dolara i 5 zł za funta. Analityków przeraziło tempo spadków. – Skala zmian była rzeczywiście duża – przyznaje Piotr Kalisz z Citibanku. Pojawiły się nawet podejrzenia, że polska waluta padła ofiarą ataku spekulacyjnego. Szybkość, w jakiej złoty tracił na wartości, była tak gigantyczna, że chwilami przypominała dramat przeżywany przed laty przez funta szterlinga i dolar Hongkongu. Złoty stracił od poniedziałku do piątkowego południa aż 20 proc. w stosunku do dolara. Na szczęście pod koniec dnia zaczął się umacniać.

Analitycy jednak uspokajają: nikt nie zaatakował naszej waluty. Czarna środa, czyli walka o funta, która rozegrała się 16 września 1992 r. w Wielkiej Brytanii, Polsce nie grozi.

Funt padł ofiarą ataku przede wszystkim dlatego, że kurs brytyjskiej waluty był usztywniony wobec marki niemieckiej. Wahania funta nie mogły przekraczać 6 proc. wyznaczonego parytetu, który został ustalony na poziomie 2,95 marki za funta. W momencie przystępowania Wielkiej Brytanii do ERM (czyli do systemu redukcji wahań kursowych walut państw członkowskich Unii) w październiku 1990 r. marka postrzegana była jako silna waluta umocniona dobrą polityką banku centralnego.

Sytuacja zmieniła się w 1992 r., kiedy Niemcy zaczęły odczuwać silną presję inflacyjną wywołaną dużymi kosztami inwestycji w dawnym NRD. Podniosły więc stopy procentowe. Okazały się one zbyt wysokie w stosunku do sytuacji gospodarczej w Wielkiej Brytanii.

Wykorzystały to fundusze spekulacyjne na czele z mało jeszcze znanym inwestorem Georgem Sorosem. Zaczął on wówczas wyprzedawać funta, żeby jak najbardziej go osłabić.

Brytyjczycy mieli dwie możliwości obrony: podnosić i tak już wysokie stopy procentowe, co doprowadziłoby do recesji, albo zmienić kurs funta przez jego upłynnienie, rezygnując z powiązania z marką, lub dewaluację.

Wszystkie akty dramatu rozegrały się jednego dnia – 16 września 1992:
- Kanclerz skarbu Norman Lamont podniósł bazową stopę procentową o 2 pkt proc., a kilka godzin później obiecał kolejna podwyżkę o 3 pkt proc., do 15 proc.
- Wielka Brytania jednocześnie wyprzedawała rezerwy walutowe, ponieważ jednak skupowała funta na rynkach, płacąc za niego markami, oraz obniżyła wartość waluty niemieckiej. Nie podobało się to Berlinowi. Do tego dalsza deprecjacja marki zagrażała całemu ERM.
- 19.00 Downing Street poddał się: brytyjski rząd ogłosił wystąpienie Wielkiej Brytanii z ERM i upłynnił kurs funta, który ustalił się na poziomie o 15 proc. niższym od parytetu wymiany.

George Soros odniósł pełne zwycięstwo – zarobił wtedy ponad 1 mld dol. Straty poniesione przez skarb brytyjski przekroczyły 3 mld funtów.

Inaczej potoczyła się batalia w Hongkongu, który w latach 1997 – 1998 doświadczył aż czterech dużych ataków spekulacyjnych na walutę. Fundusze zarządzające akcjami sprzedawały je za dolary Hongkongu, kupowały za nie dolary amerykańskie i w ten sposób osłabiały walutę Hongkongu. Co więcej, prowadziły również podobne operacje na rynku walutowym, wywołując podwójną presję na osłabienie dolara Hongkongu. Gdyby władze podjęły decyzję o dewaluacji waluty, spekulanci mogliby spłacić właścicieli akcji taniej, niż je sprzedawały, i zarobić na różnicy kursów. Misterny plan jednak nie powiódł się. Władze monetarne Hongkongu stanowczo broniły kursu waluty. Miały wystarczająco dużo rezerw walutowych, by utrzymać sztywny kurs wobec dolara amerykańskiego. Walka jednak była dramatyczna: Hongkong 23 października 1997 r. podniósł stopę na rynku międzybankowym aż do 280 proc., a w sierpniu 1998 r. interweniował na giełdzie, zapobiegając spadkowi notowań. Fundusze odeszły z kwitkiem.

Analitycy twierdzą, że takie scenariusze nie mają raczej w Polsce szans realizacji. Dlaczego? Bo kurs złotego jest płynny i nie ma przesłanek gospodarczych, które by uzasadniały tak silną deprecjację. Ataki spekulacyjne – takie jak w Wielkiej Brytanii w i Hongkongu – wykorzystywały istniejące w gospodarce napięcia, od których Polska jest wolna. Eksperci przyznają jednak, że złoty nie jest wystarczająco mocną walutą, aby uniknąć wrzucenia go do jednego koszyka z forintem czy ukraińską hrywną. Może więc być wyprzedawany, gdy w którejś z gospodarek naszego regionu zaczynają się kłopoty. – Europa Środkowa postrzegana jest jako zagrożony region. Zniechęca to inwestorów długoterminowych, jednak przyciąga kapitały spekulacyjne – przyznaje Kalisz.

DOMINIKA DRZEWIECKA

Dziennik Finansowy

NBP: System finansowy jest stabilny, ale ryzyko wzrosło

NBP: System finansowy jest stabilny, ale ryzyko wzrosło

Warszawa, 20.10.2008 (ISB)

- Bieżąca sytuacja krajowego systemu finansowego jest dobra, ale utrzymujący się kryzys na rynkach globalnych sprawia, że ryzyko dla działalności systemu finansowego w Polsce wzrosło, napisał Narodowy Bank Polski (NBP) w "Przeglądzie stabilności systemu finansowego. Październik 2008 r.", opublikowanym w poniedziałek.

"W krótkim okresie głównym źródłem ryzyka jest obniżenie płynności krajowego rynku międzybankowego w wyniku spadku wzajemnego zaufania banków. Spadek ten wynikał z wydarzeń na globalnym rynku finansowym. Pogorszenie sytuacji finansowej części inwestorów strategicznych polskich instytucji finansowych powoduje również, ze ich spółki zależne są narażone na negatywne skutki spadku zaufania do podmiotów macierzystych, pomimo dobrej sytuacji finansowej spółek zależnych" - głosi raport.

Zdaniem NBP dotyczyć to może w szczególności spółek finansujących swoją działalność środkami pozyskanymi z instytucji finansowych. Innym skutkiem obniżonego zaufania na rynku międzybankowym mogą być trudności niektórych banków w zabezpieczaniu pozycji przed ryzykiem rynkowym, ze względu na obniżenie limitów kredytowych oraz ograniczenia obrotów na rynkach instrumentów pochodnych.

"W średnim okresie natomiast wzrosło ryzyko dla stabilności systemu finansowego w Polsce ze względu na pogorszenie perspektyw wzrostu gospodarczego w wyniku spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego u głównych partnerów handlowych Polski. Niższy wzrost gospodarczy wiąże się z możliwością zmaterializowania się ryzyka kredytowego, które w coraz większych rozmiarach obecne jest w bilansach banków" - czytamy dalej.

NBP zauważa, że pomimo dobrych bieżących wyników finansowych banków, w I półroczu 2008 r. można zauważyć pierwsze symptomy materializacji ryzyka podejmowanego przez banki w okresie dynamicznego wzrostu akcji kredytowej. Było to widoczne we wzroście odpisów na kredyty o obniżonej jakości.

"Innym wyzwaniem dla utrzymania stabilności systemu finansowego jest zmniejszanie się bufora kapitałowego banków, będącego zabezpieczeniem przed wystąpieniem niekorzystnych zjawisk o nieoczekiwanie dużej skali" - napisał NBP.

Jednak na dziś NBP ocenia bieżącą sytuację systemu finansowego w Polsce jako dobrą. W okresie objętym analizą instytucje finansowe, szczególnie banki, uzyskiwały dobre wyniki finansowe. Również sytuacja finansowa instytucji zarządzających funduszami była dobra pomimo kontynuacji spadków aktywów funduszy inwestycyjnych oraz ujemnych wyników inwestycyjnych funduszy emerytalnych, wynikających ze spadku cen akcji i wzrostu rentowności obligacji.

"Utrzymujący się kryzys na rynkach globalnych sprawia jednak, że ryzyka dla działalności systemu finansowego w Polsce wzrosły" - ostrzega raport.

Pozytywnie także oceniany jest wpływ sytuacji makroekonomicznej Polski stabilność systemu finansowego.

"Uzyskiwaniu dobrych wyników finansowych przez banki sprzyjał szybki wzrost gospodarczy, w tym wysokie tempo wzrostu spożycia indywidualnego oraz dynamiczny wzrost popytu inwestycyjnego" - wynika z raportu banku centralnego.

NBP ostrzega, że dobre czasy dla instytucji finansowych kończą się i należy liczyć się z kłopotami, bowiem w analizowanym okresie istotnie wzrósł wpływ kryzysu na globalnym rynku finansowym na polski system finansowy. Kryzys ten wpływał na stabilność krajowego systemu finansowego na kilka sposobów.

"Wzrosło ryzyko makroekonomiczne, związane ze skalą oczekiwanego spowolnienia gospodarczego w gospodarkach głównych partnerów handlowych Polski. Możliwość materializacji tego ryzyka jest istotna ze względu na wzrost średnioterminowego ryzyka wynikającego ze wzrostu akcji kredytowej" - czytamy w raporcie.

Wśród głównych zagrożeń eksperci NBP wymieniają negatywne efekty spadku zaufania uczestników rynku do spółek zależnych globalnych instytucji finansowych i związane z tym utrudnione pozyskiwanie środków na krajowym rynku międzybankowym. Prowadzi to do pogorszenia się sytuacji finansowej i płynnościowej banków, a konsekwencją może być spadek akcji kredytowej przekładający się na niższy popyt czyli słabszy wzrost gospodarczy.

"Oczekiwane w przyszłości trudniejsze warunki działania sprawiają, że banki powinny utrzymywać wyższy poziom bufora kapitałowego, będącego zabezpieczeniem przed wystąpieniem niekorzystnych zjawisk o nieoczekiwanie dużej skali. (...) Jest więc pożądane, aby banki prowadziły ostrożną politykę dywidendową i kredytową, tak, aby posiadany przez nie bufor kapitałowy pozwolił na zaabsorbowanie niekorzystnych skutków ewentualnego spowolnienia wzrostu gospodarczego" - zaleca NBP. (ISB)

lk/amo

Źródło: Internet Securities Businesswire

NINJA, czyli pół prawdy

NINJA, czyli pół prawdy


Winę za obecne załamanie gospodarcze w Stanach Zjednoczonych ponoszą tylko i wyłącznie politycy. Jeśli sami tego nie zrozumieją, Ameryce grozi krach na niespotykaną dotąd skalę. Niestety, dostanie się i Polsce.

Oficjalnie, czyli na potrzeby mediów, powodem krachu instytucji finansowych jest „kryzys kredytów hipotecznych”. A co w takim razie było przyczyną kryzysu tych kredytów? To też wydaje się jasne: niewypłacalność dłużników. Miliony Amerykanów nie spłaca swoich długów. Banki nie dostają swoich pieniędzy. Są zagrożone. Co prawda, problemy z dłużnikami nie pojawiły się od dzisiaj, jak to się jednak stało, że nagle tak dużo ich nie wywiązuje się ze swoich zobowiązań.

Tym bardziej że skutkiem zaległości w spłacie jest foreclosure, czyli procedura przymusowego przejęcia zadłużonej nieruchomości przez bank; dłużnik traci swój dom, mieszkanie, pieniądze. Trudno więc podejrzewać, żeby powodem wstrzymania spłaty kredytu był jakiś bunt dłużników czy też chęć dokuczenia bankom. A zatem co? I na to pytanie media mają dość prostą odpowiedź: NINJA. Akronim ten pochodzi od amerykańskiego terminu określającego złego kredytobiorcę: „no income, no job, no assetts” (brak dochodu, brak pracy, brak majątku). Jak to się stało, że banki udzieliły kredytu tak wielu dłużnikom nieposiadającym pracy, dochodu i majątku?

Tajemnicze kredyty

I tutaj problem się komplikuje. Do niedawna na to pytanie nie podawano żadnej odpowiedzi albo tłumaczono wymijająco: panował boom na rynku nieruchomości i każdy chciał z niego skorzystać, głównie jednak spekulanci. Problem w tym, że rzadko sama potrzeba pożyczkobiorcy wystarczy do otrzymania kredytu. Banki nie są instytucjami samoobsługowymi. Do otrzymania kredytu konieczna jest ich zgoda, oparta na wnikliwej analizie możliwości finansowych dłużnika. Skoro tak wielu z nich nie spełniało kryteriów dobrego kredytu, na jakiej podstawie banki im go udzieliły? W tej kwestii do niedawna panowało milczenie. Dopiero w ostatnich dniach września pojawiła się na You Tube wypowiedź wyjaśniająca sprawę. Udzielił jej senator z Connecticut, Christoher J. Dodd, nazywając sprawę po imieniu, a brzmi ono: CRA, czyli Community Reinvestment Act. Jest to ustawa, przyjęta przez Kongres w 1997 r. za prezydentury Billa Clintona, której celem była ochrona „kredytobiorców mniejszościowych”, czyli ludności kolorowej, ubogiej, znajdującej się w złych warunkach materialnych, przed złym traktowaniem jej przez banki.

Wypowiedź senatora Dodda wywołała konsternację. Padła bowiem z ust przedstawiciela Partii Demokratycznej, szczególnie wrażliwej na losy mniejszości. Mimo to coś w niej było na rzeczy. Ameryka, w tym i amerykańskie banki od dawna sparaliżowane są ustawodawstwem antydyskryminacyjnym, zakazującym wynajmowania lokali przedstawicielom mniejszości, zwalniania ich z pracy czy odmowy udzielenia kredytu – bez względu na to, jak racjonalne byłyby przyczyny tej odmowy. Jednakże powoływanie się na CRA to tylko półprawda. Wprawdzie wśród ofiar foreclosure jest wielu przedstawicieli „dyskryminowanych mniejszości”, nie oni stanowią większość kredytobiorców z grupy NINJA i grupy zalegających dłużników. Jeśli zatem nie oni są winni, to kto?

Cała prawda

Prawdziwe korzenie kryzysu są głębsze i mają głównie charakter polityczny. Należą do nich: kosztowna wojna na Środkowym Wschodzie (300 mln dolarów dziennie), rozrzutna polityka w zakresie finansów publicznych podnosząca deficyt budżetowy do niewyobrażalnych rozmiarów (30 bilionów dolarów), interwencjonizm, czyli ręczne sterowanie gospodarką przez polityków i będąca jego konsekwencją luźna polityka monetarna FED. Z jednej strony, George W. Bush, po swoim wątpliwym zwycięstwie wyborczym w 2000 r. chciał Amerykanów kupić, już to darmowymi lekami dla emerytów, już koncesjami dla rolnictwa i przemysłu oraz świadczeniami socjalnymi na niespotykaną dotąd skalę, z drugiej zaś po zamachu z 11 września 2001 potrzebne były ogromne pieniądze na wojnę z terroryzmem. O ile Stany Zjednoczone stać by było na każdy z tych wydatków z osobna, o tyle prowadzenie ich równocześnie jest dla gospodarki tego kraju ponad siły. Skutkiem nałożenia się welfare na warfare było pojawienie się inflacji.

I to jest główne nieszczęście!

Jeśli bank centralny, powołany do kontrolowania płynności na rynku pieniężnym, pompuje do banków komercyjnych miliardy dolarów, licząc im za te pieniądze niewiele powyżej 1 proc. w skali rocznej, a czasem nawet mniej, to trzeba naprawdę dużej wyobraźni, odpowiedzialności albo pesymizmu, by z takiej okazji zrezygnować. Ekspansja kredytowa zapoczątkowana przez prezesa banku centralnego USA, czyli Rezerwy Federalnej (FED), Alana Greenspana, a później z powodzeniem kontynuowana przez jego następcę, Boba Bernanke miała posłużyć całej gospodarce. Tymczasem przysłużyła się wyłącznie politykom, którzy z powodzi monetarnej korzystali, finansując wojnę i socjal, właśnie welfare i warfare.

Banki zalane tanim pieniądzem oferowały kredyty za pół darmo, i to każdemu, nawet NINJA, patrząc przez palce na perspektywy ewentualnej niewypłacalności. A przecież już ponad pół wieku temu Ludwik von Mises, a później Murray N. Rothbard ostrzegali, że drukowanie pieniędzy bez oparcia ich na oszczędnościach i realnych dobrach jest wysoce ryzykowne. Nie dość, że daje to przedsiębiorcom zły sygnał co do kondycji gospodarki, to na dodatek wywołuje inflację. Bo to nie wysokie ceny ropy naftowej, jak to się gładko mówi w radiu, tv i na większości uniwersytetów, wywołują inflację, lecz inflacja wywołuje wysokie ceny ropy i wszystkiego innego.

To wzrost inflacji zmusił w końcu FED (w połowie 2007 r.) do powstrzymania podaży pieniądza, i tym samym do podniesienia oprocentowania kredytów, a ponieważ w okresie boomu gros kredytów udzielanych na kupno nieruchomości miało oprocentowanie zmienne, z chwilą korekty ceny pieniądza, koszty obsługi wzrosły powyżej zdolności finansowych wielu kredytobiorców. Ci ostatni tracili domy, banki zaś płynność. Zamiast pozostawić wtedy rynek samemu sobie, aby dokonał oczyszczenia gospodarki z podmiotów, które dobrowolnie i świadomie podjęły błędne decyzje, nie dają sobie rady, więc muszą upaść, rząd wraz z FED zaczął to wszystko ratować; najpierw poprzez wzrost płynności, czyli ponowną obniżkę stóp bazowych, następnie poprzez bezpośrednią pomoc finansową dla zagrożonych instytucji, aż wreszcie nacjonalizując upadające firmy.

Jeśli Biały Dom ma tak wielkie serce, to zamiast rabować biednych i dawać bogaczom, mógł pomóc niewypłacalnym posiadaczom nieruchomości i podarować im pieniądze na spłatę hipoteki – tak jak daruje firmom finansowym. W ten sposób ci ostatni uratowaliby swe domy, a banki otrzymały swoje pieniądze. Rozwiązanie równie szkodliwe, ale znacznie bardziej „ludzkie”.

Socjalizm w natarciu

Inflacja wzrosła do poziomu nie notowanego od 12 lat. Co gorsza, biznes, który zwykle nie zna kulisów programów ratunkowych i skomplikowanych interwencji monetarnych uznał, że skoro pieniądz jest taki tani i jest go tak dużo, znaczy gospodarka jest rozgrzana i będzie się rozwijać. Nastąpiła seria błędnych decyzji inwestycyjnych, w wyniku których straty poniosła także motoryzacja, potem transport, budownictwo i parę innych sektorów. Jednocześnie wprowadzeni w błąd inwestorzy giełdowi kupowali papiery nadal, doprowadzając do ich sztucznej aprecjacji.

Popularnym wehikułem inwestycyjnym stały się zsekurytyzowane długi hipoteczne. Kiedy dłużnicy przestali je spłacać, obligacje, których długi hipoteczne były zastawem, stały się kawałkiem papieru. Gdy rynek poznał prawdę; kiedy dowiedział się, że te papierowe „papiery” stanowią główny majątek takich potentatów finansowych, jak Lehman Brothers, Merrill Lynch, AIG i wielu innych, parkiety zaczęły się walić. I wtedy politycy, którzy nie tak dawno uspokajali Amerykę, że „finanse kraju są pod kontrolą”, postanowili wpompować w gospodarkę jeszcze więcej papieru, za które chcą ratować banki, powiększając deficyt budżetowy, osłabiając pieniądz i rabując zwykłych ludzi z dorobku ich życia.

Dobitnym przykładem takiej polityki jest chociażby nacjonalizacja banków Fannie Mae, Freddie Mac, upaństwowienie giganta ubezpieczeniowego AIG, oraz quasi-nacjonalizacja (w następstwie bankructwa) banku Washington Mutual. W konsekwencji wielu biznesmenów jest dziś przekonanych, że bez względu na to, jak dobrze (czy źle) pokierują swoimi firmami, rząd i tak weźmie za to odpowiedzialność. Za tę ich beztroskę musi zapłacić podatnik, któremu wmawia się, że jest to kryzys kapitalizmu. Tymczasem zrzucanie winy za kryzys na kapitalizm to absurd. Istotą kapitalizmu jest wolność, konkurencja, poszanowanie własności prywatnej, równość szans, a nie redystrybucja, czyli zabieranie jednym i dawanie drugim. To czystej wody socjalizm!

Jan M. Fijor

Więcej w Miesięczniku Finansowym BANK

Największa w historii finansowa interwencja w Wielkiej Bryta

Największa w historii finansowa interwencja w Wielkiej Brytanii; cztery banki w tarapatach

Mimo niedzieli w Londynie trwają przygotowania do jutrzejszej operacji częściowej nacjonalizacji banków. Jutro banki będą mogły skorzystać z rządowej oferty wsparcia finansowego w zamian za pakiety akcji uprzywilejowanych.

Pokiereszowany w ostatnich dniach na giełdzie Royal Bank of Scotland poprosi zapewne rząd o gwarancje dla nowej emisji akcji wartych 15 miliardów funtów. Największy w Wielkiej Brytanii kredytodawca hipoteczny - bank HBOS - wystąpi o dokapitalizowanie w wysokości 10 miliardów funtów, bank Lloyds-TSB poprosi o 7 miliardów, a bank Barclays o 3 miliardy. Prezesi i dyrektorzy czterech banków uzgadniają teraz szczegółowe warunki otrzymania pomocy rządowej z urzędnikami ministerstwa skarbu oraz Urzędu Usług Finansowych, który nadzoruje rynek bankowy.

Przewiduje się, że po udzieleniu pomocy rząd brytyjski stanie się właścicielem prawie trzech czwartych banku HBOS oraz połowy Royal Bank of Scotland. Jak podaje Sunday Telegraph, nie wyklucza się, że na czas jutrzejszej operacji we wszystkich państwach G-7 wstrzymany zostanie obrót akcjami banków.


Źródło: Informacyjna Agencja Radiowa


Wiadomości
News in English
Twoja Wiadomość / Your News
O Instytucie
Szkolenia
Partnerzy