Wiadomości

PIRAMIDA FINANSOWA MADOFFA

Twórca największej piramidy finansowej w historii zatrzymany

FBI zatrzymało Bernarda Madoffa, byłego przewodniczącego rady nadzorczej NASDAQ oraz założyciela Bernard Madoff Investment Securities. Jest on podejrzany o stworzenie największej w historii piramidy finansowej i zdefraudowanie 50 miliardów dolarów.

Jeszcze zanim agenci zapukali do drzwi manhattańskiego apartamentu 70-letniego biznesmena, ten wyznał swoim podwładnym, że firma doradztwa inwestycyjnego, którą kierował, była niczym więcej jak gigantycznym szwindlem.

Powiedział, że wszystkie jego przedsięwzięcia były "jednym wielkim kłamstwem" i wstępnie oszacował straty na 50 miliardów dolarów. Proceder miał trwać latami, a szanowany przez wszystkich biznesmen osobiście podejmował niekorzystne dla klientów decyzje.

Madoff to znany animator rynków, broker i doradca. Jego firma, jedna z największych na nowojorskiej giełdzie, zarządzała miliardami dolarów oszczędności głównie bardzo bogatych Amerykanów, ale także środkami bankowymi. Sam Madoff wspierał też polityków. Wiadomo, że w ostatnich latach przekazał co najmniej sto tysięcy dolarów na rzecz senatorów Partii Demokratycznej.

Teraz sprawę badają służby federalne i prokuratura. Ze względu na ogrom strat sprawa może zakończyć się upadkiem licznych firm i utratą oszczędności życia wielu Amerykanów.

Źródło: Informacyjna Agencja Radiowa


Europejskie instytucje finansowe szacują straty po aresztowaniu Madoffa

15.12.2008 (PAP) - Brytyjski Royal Bank of Scotland i francuski bank Natixis dołączyły w poniedziałek do listy instytucji finansowych przyznających, że są narażone na straty z powodu prawdopodobnych oszustw byłego szefa nowojorskiego elektronicznego rynku papierów wartościowych Nasdaq Bernarda Madoffa.

Aresztowany w czwartek makler i były przewodniczący rady nadzorczej Nasdaq Stock Market jest oskarżony o stworzenie gigantycznej piramidy finansowej i zdefraudowanie 50 miliardów dolarów. Od czasu odkrycia tej największego w historii Wall Street oszustwa wiele instytucji finansowych publikuje informacje o swoich potencjalnych stratach, by uspokoić rynki.

W Wielkiej Brytanii Royal Bank of Scotland szacuje, że może stracić 400 milionów funtów (595 milionów dolarów), a zajmująca się inwestycjami Man Group ocenia swoje zagrożenie na 360 milionów dolarów. Według "Financial Times" jedną z największych ofiar oszustw Madoffa może być brytyjski bank HSBC narażony na straty w wysokości około miliarda dolarów.

Francuski bank Natixis twierdzi, że może stracić około 450 milionów euro, a Societe Generale szacuje swoje zagrożenie na "mniej niż 10 milionów euro".

Drugi największy włoski bank UniCredit ocenia, że może stracić 75 milionów euro.

Również banki hiszpańskie są narażone na duże straty. W niedzielę Santander, drugi największy bank w Europie pod względem kapitalizacji ogłosił, że klienci jego funduszu Optimal są narażeni na starty w wysokości 2,33 mld euro, a BNP Paribas oświadczył, że mogą one wynieść 350 milionów euro. W poniedziałek BBVA, drugi największy bank w Hiszpanii, ogłosił, że inwestycje jego międzynarodowych klientów warte około 300 milionów euro są również pośrednio związane z funduszami Madoffa.

Japoński holding Nomura ogłosił w poniedziałek, że w związku z oszustwami Madoffa może stracić 27,5 miliarda jenów (302 miliony dolarów).

Agenci FBI aresztowali Madoffa w czwartek, po tym jak przyznał on swym współpracownikom, że jego operacje finansowe były "po prostu jednym wielkim kłamstwem".

Madoff, który zaliczał się do najbardziej znanych i wpływowych postaci w kręgach nowojorskiej finansjery, obracał pieniędzmi czołowych amerykańskich biznesmenów i polityków, ale także licznych instytucji, takich jak uniwersytety i fundacje. (PAP)

Źródło: Bankier.pl


Wall Street odchorowuje upadek piramidy finansowej{/b]

W poniedziałek nowojorskie giełdy zakończyły dzień poniżej poziomów z piątkowego zamknięcia. Taniały zwłaszcza walory banków, którym szkodził skandal związany z upadkiem funduszu Bernarda Madoffa.

Pomimo pozytywnego otwarcia główne indeksy już po kilku minutach handlu runęły w dół. Podaż akcji sprowadziła je w dół po ok. 2%. Później sytuacja nieco się ustabilizowała, ale giełdowe niedźwiedzie powtórnie uderzyły w końcówce – indeksy znalazły nowe dno tej sesji. Jednak tradycyjnie już wynik sesji rozstrzygnął się w ostatnich 30 minutach handlu, kiedy to kupującym akcje udało się zniwelować przeszło połowę strat.

Ostatecznie indeks S&P500 obniżył się o 1,27%, kończąc dzień wynikiem 868,57 pkt. Dow Jones stracił 0,75%, osiągając wartość 8.564,53 pkt. Najsłabiej wypadł Nasdaq, który spadł aż o 2,1%, zatrzymując się na poziomie 1.508,34 pkt.

W gronie blue chipów najczęściej pozbywano się walorów instytucji finansowych: kurs Bank of America spadł o 5,5%, akcje JP Morgan Chase przeceniono o 7,5%, zaś notowania Citigroup zniżkowały o 3,9%. Do sprzedaży akcji JP Morgan skłaniała inwestorów rekomendacja analityków z Merrill Lynch, którzy prognozują stratę w czwartym kwartale w tym największym amerykańskim banku. Branży finansowej mocno zaszkodziło ujawnienie piramidy finansowej, jaką zorganizował znany nowojorski finansista Bernard Madoff. Straty inwestorów, wśród których znalazły się także renomowane banki, szacowane są na 50 mld dolarów.

- W efekcie tego pojawią się inwestorzy, którzy powiedzą: „Zamierzam całe swoje oszczędności zamienić na gotówkę.” Powinieneś wiedzieć, gdzie twoje pieniądze są przechowywane – tak sprawę funduszu Madoffa skwitował Tim Ghrishkey – główny zarządzający w Solaris Asset Management cytowany przez Reutersa.

W ten sposób niepewność odnośnie sektora finansowego przysłoniła oczekiwania na być może historyczną decyzję Rezerwy Federalnej. Jutro Fed po raz pierwszy od przeszło pół wieku ma sprowadzić stopę funduszy federalnych poniżej 1,00%.

Powodów do kupowani akcji nie dostarczyły dane z przemysłu. Wskaźnik aktywności w regionie Nowego Jorku mimo że osiągnął w grudniu nowe historyczne minimum, to i tak wypadł lepiej od oczekiwań. Zgodna z prognozami ekonomistów okazała się listopadowa dynamika produkcji przemysłowej, która spadła o 0,6% m/m i 5,5% r/r.

K.K.

Źródło: Przegląd prasy Bankier.pl


[b]Piramida Madoffa została zbudowana na zaufaniu najbogatszych


Trwa śledztwo w sprawie być może największej w historii oszukańczej piramidy finansowej. Bernard Madoff, szef giełdy Nasdaq został oskarżony m.in. o spłacanie jednych inwestorów pieniędzmi, pozyskanymi od kolejnych. Gdy nadszedł kryzys finansowy i uczestnicy umowy usiłowali odzyskać pieniądze, cały system runął – informuje wtorkowa „Gazeta Wyborcza”.

„Lista znanych nazwisk wśród poszkodowanych rośnie. Jak poinformował magnat nieruchomości Mort Zuckerman, sam się na niej znalazł obok właściciela New York Mets, byłego właściciela Philadelphia Eagles i prezesa GMAC (oddział GM zajmujący się m.in. finansowaniem zakupu aut). Obecnie XVII piętro Lipstick Building stanowi strefę okupowaną przez śledczych, którzy usiłują odtworzyć, co się stało z miliardami dolarów powierzonych Madoffowi przez klientów indywidualnych, banki i fundusze hedżingowe z całego świata” – czytamy w „Gazecie”.

„Nadal nie ma odpowiedzi na pytanie, jak jedna osoba mogła przeprowadzić długotrwałe oszustwo o tak wielkim zasięgu. Wymagało to mnóstwa prostych, ale żmudnych czynności, takich jak dostarczanie klientom miesięcznych zestawień zysków, rocznych formularzy podatkowych, potwierdzeń transakcji i transferów bankowych. Firmy zarządzające pieniędzmi innych zazwyczaj zatrudniają setki osób do obsługi administracyjnej. Prokuratorzy poinformowali, że według zeznań Madoffa działał on sam” – informuje „Gazeta Wyborcza”.

„Wielu inwestorów było przyjaciółmi Madoffa lub znajomymi z klubów i organizacji charytatywnych. Jeszcze więcej osób trafiło do niego za pośrednictwem zawodowych doradców inwestycyjnych, którym Madoff płacił za usługę. Inwestorzy kwestionują obecnie uczciwość firm doradczych, które - ich zdaniem - powinny były bliżej przyjrzeć się funduszowi. W przypadkach, gdy ci doradcy byli zatrudnieni przez wielkie instytucje, takie jak bank Santander, inwestorzy będą zapewne żądać zadośćuczynienia od nich, a nie od Madoffa” – czytamy w „Gazecie”.

Lista banków oraz innych instytucji finansowych, które straciły na oszustwach Madoffa, wciąż rośnie. Również w Europie dotkliwe straty poniosło kilka potężnych banków, znanych też z działalności w Polsce. W Stanach Zjednoczonych ofiarami stały się m.in. niektóre fundusze finansowe i uniwersytety, jako że szef Nasdaq znany był z zamiłowania do działalności charytatywnej.

Więcej na temat oszukańczej piramidy na Wall Street w dzisiejszym wydaniu „Gazety Wyborczej”, w artykule Diany B. Henriques i Alexa Berensona pt. „Oszust z Wall Street sam przekręcił 50 mld dol.?”.

K.M.K.

Źródło: Gazeta Prawna


Nie można znaleźć 50 mld dol. z piramidy Bernarda Madoffa

Liczba poszkodowanych, czyli tych, którzy uwierzyli, że bez względu na koniunkturę giełdową można osiągać kilkunastoprocentowe roczne zyski z inwestycji, rośnie praktycznie co dnia.

Lista instytucji i dużych indywidualnych inwestorów, takich jak reżyser Steven Spielberg, producent filmowy Jeffrey Katzenberg, magnat na rynku nieruchomości Edward Blumenfeld czy wydawca Mortimer Zuckerman, obejmuje ponad 80 pozycji.

Ogólna liczba poszkodowanych jest dużo większa, bo pieniądze w zbudowanej przez Madoffa machinie finansowej lokowali np. członkowie żydowskich klubów działających w USA, a także indywidualni inwestorzy z Hiszpanii. Robili to, inwestując zazwyczaj pośrednio, przez fundusze, które lokowały pieniądze w piramidzie znanej jako Bernard L. Madoff Investment Securities.

– W czasach swobodnego przepływu kapitału, gdy pieniądze nie znają granic, także szwindle są globalne – zauważają zachodni komentatorzy i podkreślają, że przez lata nikt nie interesował się metodami działania piramidy, mimo że – jak dziś twierdzą media – już od jakiegoś czasu pojawiały się sygnały ostrzegawcze.

Na inwestycjach w Bernard L. Madoff Investment Securities ucierpiały finansowo znane banki – m.in. HSBC, Fortis, UniCredit, Santander – liczne amerykańskie organizacje charytatywne, zwłaszcza żydowskie, jak również inwestorzy arabscy.

Ucierpiała też reputacja banków, które lokowały pieniądze swoich klientów w piramidzie Bernarda Madoffa.

– Jeśli w pełni nie rozumiesz instrumentu, w który chcesz zainwestować, nie kupuj go – tę wypowiedź prezesa banku Santander cytują media i podkreślają, że gdy bank zdobywał nagrody, wykupywał całostronicowe ogłoszenia. Dziś bank twierdzi, że nie będzie kompensował swoim klientom szkód związanych z piramidą Madoffa. Klienci Santander stracili 3,3 mld dol.

Jaki był początek działalności Madoffa na rynku finansowym? Co było podstawą jego działalności? Kim są klienci Madoffa?

Więcej: Gazeta Prawna 24.12.2008 (251) – forsal.pl - str. A11

Tomasz Świderek

/ Gazeta Prawna


Inwestor popełnił samobójstwo po tym jak Madoff oszukał go na 1,4 mld dolarów

Wczoraj w Nowym Jorku znaleziono ciało zarządzającego funduszem, który mógł stracić 1,4 mld dolarów na inwestycji w piramidę finansową zbudowaną przez Bernarda Madoffa. Policja przypuszcza, że przyczyną śmierci było samobójstwo.

Thierry Magon de la Villehuchet był współzałożycielem i głównym zarządzającym w funduszu pieniężnym Access International. Źródła policyjne podają, że finansista wykrwawił się na śmierć, podcinając sobie żyły w swoim nowojorskim biurze.

Jego fundusz stracił 1,4 mld dolarów powierzonych mu przez klientów na inwestycji w fundusz Madoffa, który okazał się zwykłą piramidą finansową – zyski wypłacane jego uczestnikom pochodziły z wpłat nowych inwestorów. W ten sposób oszukanych zostało wiele renomowanych instytucji finansowych oraz znane fundacje charytatywne. Straty szacowane są na 50 mld $. Sam Madoff przebywa obecnie w areszcie domowym.

„Dniami i nocami szukał sposobu, by odzyskać pieniądze klientów (...) To pożegnanie kogoś, kto nie musi się o nic obwiniać... Prawda jest taka, że każdy chciał inwestować z Madoffem – jego fundusz był postrzegany jak papiery z ratingiem AAA” – powiedział gazecie „La Tribune” jeden ze współpracowników de la Villehucheta.

Tymczasem sprawa piramidy finansowej Madoffa zatacza coraz szersze kręgi. Inwestorzy obwiniają SEC (amerykański nadzór giełdowy) o nieudolność w nadzorze nad funduszami. Podobnego zdania jest też nowojorska prokuratura. Oszukani próbują odzyskać swoje pieniądze (o przynajmniej ich część) na drodze sądowej. Pozwana została m.in. firma doradcza KPMG, która miała zachęcać do inwestowania w fundusz Madoffa.

Źródło: Reuters


Śledczy szukają wspólników Madoffa

Śledczy badający sprawę rzekomych oszustw popełnionych przez Bernarda Madoffa przesłuchują jego wieloletniego współpracownika, wzywają do sądu właściciela firmy przeprowadzającej audyty sprawozdań finansowych spółki Madoffa oraz analizują tę dokumentację od 2000 r.

Władze starają się dociec, kto dopomógł Madoffowi w realizacji tego gigantycznego przedsięwzięcia, które funkcjonowało bez przeszkód przez przynajmniej 30 lat i spowodowało minimum 50 mld dol. strat. Trwa dochodzenie w spółce, która od dziesięcioleci przeprowadzała audyty w firmie Madoffa, oraz sprawdzanie, jaką rolę odgrywał w tym wszystkim Frank Dipascali, który odpowiadał za rachunki klientów i był zatrudniony u Madoffa przez ponad 30 lat – mówi osoba dobrze zorientowana w sprawie. – Jeśli chciałeś cokolwiek załatwić – otworzyć rachunek, wpłacić lub wypłacić pieniądze, dzwoniłeś po prostu do Franka – twierdzi jeden z inwestorów współpracujących z Madoffem. – Jeśli chodzi o sprawy operacyjne, to nic w tym biznesie nie mogło dziać się bez niego – dodaje.

Po aresztowaniu 10 grudnia Madoffa prowadzący dochodzenie przedstawiciele Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) pojawili się w centrali jego firmy i przesłuchiwali Dipascalego. Zeznał on, iż nie wie, kto był odpowiedzialny za prowadzenie i rozliczanie transakcji w pionie doradztwa inwestycyjnego firmy – wynika ze sporządzonej przez SEC notatki. Frankowi Dipascalemu nie postawiono jednak do tej pory żadnych zarzutów. Prowadzący śledztwo wręczyli natomiast wezwanie do sądu Davidowi Friehlingowi, nowojorskiemu księgowemu, który badał sprawozdania finansowe firmy Madoffa oraz dokumentację dotyczącą tej firmy od początku 2000 r.

Prowadzący dochodzenie zapoznają się właśnie z mechanizmem rzekomego oszustwa Madoffa. Osoba dobrze zorientowana w śledztwie twierdzi, że uważają oni, iż początkowa strategia handlowa Madoffa nie powiodła się oraz że w ciągu tych lat dokonał on na rzecz swoich klientów bardzo niewielu, jeśli w ogóle jakichś, transakcji zakupu akcji lub opcji. Zamiast tego przyjmował on pieniądze od nowych klientów i wypłacał je tym, którzy już wcześniej powierzyli mu swoje środki – mówią osoby znające szczegóły sprawy.

W ciągu ostatniego roku, kiedy to inwestorzy instytucjonalni i inni zamożni klienci zaczęli dotkliwie odczuwać skutki osłabiania się koniunktury na giełdach, liczba tych, którzy zgłaszali się do Madoffa po swoje pieniądze, zapewne rosła na tyle szybko, że nie dało się już dłużej utrzymać piramidy finansowej. Synowie Madoffa powiedzieli FBI, że ich ojciec uważa, że straty poniesione w wyniku tych operacji przez jego klientów mogą wynieść „minimum około 50 mld dol.”. Suma ta zawiera również rzekome zyski, o których przez dziesięciolecia firma Madoffa informowała swoich klientów. Nie jest jasne, ilu dokładnie inwestorów powierzyło Madoffowi swoje pieniądze.

Śledczy badają także, jaką rolę mogli w tym dobrze zorganizowanym familijnym biznesie odgrywać inni członkowie rodziny Madoffa. W firmie Bernarda Madoffa, chociaż niebezpośrednio w dziale związanym z zarządzaniem inwestycjami, w którym popełniono rzekome oszustwa, pracowali również dwaj jego synowie, brat oraz bratanica.

– Mark i Andrew Madoff są ekonomicznie zrujnowani i emocjonalnie wyniszczeni przez to, co ich ojciec uczynił. Zniszczył on między innymi wartościowy, dobrze prosperujący na rynku i będący ich własnością interes, którego budowa zajęła im 20 lat życia – twierdzi w specjalnym oświadczeniu ich prawnik Martin Flumenbaum. Inni członkowie rodziny, którzy pracowali w firmie, to Peter Madoff, brat Bernarda, który pełnił tam funkcję głównego inspektora nadzoru, i Shana Madoff, córka Petera, która również była inspektorem nadzoru.

Rodzina podkreśla, że podstawowa działalność firmy polegająca na obracaniu akcjami dla klientów – ulokowana na 19. piętrze – była odseparowana od operacji zarządzania inwestycjami, którą prowadził sam Bernard Madoff na 17. kondygnacji. Tam też znajdowało się biuro Franka Dipascalego.

Jednak w niektórych aspektach te dwie dziedziny zachodziły na siebie. Jeszcze parę lat temu kilka metrów od stanowiska, przy którym dokonywano transakcji i pracowali Mark i Andrew, siedzieli również pracownicy Cohmad Securities, spółki, która jak przypuszczają śledczy, zaangażowana była w pozyskiwanie inwestorów chcących ulokować środki w funduszu Madoffa. Rzecznik Marka i Andrew twierdzi, że spółkę Cohmad znają oni tylko z tego, iż od czasu do czasu przeprowadzali za jej pośrednictwem operacje maklerskie dla klientów indywidualnych na nowojorskiej giełdzie, ponieważ ich spółka nie jest tam notowana. Mark i Andrew wiedzieli co prawda, że Cohmad była jednym z przedsięwzięć ich ojca, „jednak jeśli spółka ta odgrywała jakąkolwiek rolę w zarządzaniu aktywami, to oni nic o tym nie wiedzieli” – dodał rzecznik.


AMIR EFRATI
AARON LUCCHETTI
TOM LAURICELLA
The Wall Street Journal
Źródło: Dziennik.pl


Upadł pierwszy bank oszukany w piramidzie Madoffa

Poszerza się krąg ofiar Bernarda Madoffa. W wyniku największego oszustwa finansowego w historii straty poniosło wiele instytucji finansowych na całym świecie. Jak donosi "Gazeta Wyborcza" z tego powodu upadł już pierwszy bank.

"Austriacki skarb państwa przejął wczoraj kontrolę nad wiedeńskim Medici Bank, który utopił miliardy dolarów w piramidzie finansowej b. szefa amerykańskiej giełdy NASDAQ Bernarda Madoffa. Jaką dokładnie stratę poniósł - wciąż nie wiadomo" pisze "Gazeta Wyborcza".

"Władzę w banku przejął komisarz wybrany przez austriacki nadzór finansowy. [...] Właścicielami Medici Bank są Sonja Kohn, do której należy 75 proc. udziałów, oraz Unicredit Bank Austria" czytamy w gazecie.

"Bernardowi Madoffowi pieniądze powierzało wiele instytucji finansowych na całym świecie, m.in. HSBC i Santander. Jednak Medici Bank jest pierwszym, który z powodu "przekrętu" Madoffa utracił niezależność" informuje dziennik.

Bernard Madoff został zatrzymany przez FBI 12 grudnia. Był przewodniczącego rady nadzorczej NASDAQ oraz założyciela Bernard Madoff Investment Securities jest podejrzany o stworzenie największej w historii piramidy finansowej i zdefraudowanie 50 miliardów dolarów.

Więcej na ten temat w "Gazecie Wyborczej" w artykule "Madoff pogrążył austriacki bank".

J.R.

Źródło: Przegląd prasy Bankier.pl


Twórca największej piramidy finansowej ujawnił swój majątek władzom USA

Bernard Madoff ujawnił wartość swojego majątku amerykańskiej komisji giełdy i papierów wartościowych. Madoff jest oskarżony o naciągnięcie inwestorów finansowych z całego świata na 50 mld dolarów - informuje "Gazeta Wyborcza".

Prawnicy reprezentujący oszukanych klientów stanowczo domagają się ujawnienia dokumentu, aby jak najszybciej rozpocząć walkę o to, co pozostało z jego pieniędzy Madoffa i prowadzonego przez niego funduszu - podaje "Gazeta Wyborcza".

Na razie tylko władze wiedzą, jaki jest jego majątek. Ofiary Madoffa nie mogą na razie dowiedzieć się, co zostało w rękach niedawnego inwestycyjnego guru. SEC zdecydowała bowiem, że na razie nie może ujawnić dokumentu: - Sąd nie upoważnił nas do jego upublicznienia - wyjaśnił Andrew Calamari, rzecznik komisji giełdy i papierów wartościowych - - informuje "Gazeta Wyborcza".

Lista instytucji i dużych indywidualnych inwestorów, takich jak reżyser Steven Spielberg, producent filmowy Jeffrey Katzenberg, magnat na rynku nieruchomości Edward Blumenfeld czy wydawca Mortimer Zuckerman, obejmuje ponad 80 pozycji. Na inwestycjach w Bernard L. Madoff Investment Securities ucierpiały finansowo znane banki – m.in. HSBC, Fortis, UniCredit, Santander – liczne amerykańskie organizacje charytatywne, zwłaszcza żydowskie, jak również inwestorzy arabscy.

M.C.

Źródło: "Gazeta Wyborcza"
Tomasz Deptuła "Utajniony majątek Madoffa"

Banki rozkręciły rynek polis, rekordowe wyniki branży

Banki rozkręciły rynek polis, rekordowe wyniki branży

FINANSE W ciągu trzech kwartałów Polacy wydali na polisy na życie prawie 29,5 mld zł


Zaskakująco dobre dane z rynku ubezpieczeń na życie: Komisja Nadzoru Finansowego poinformowała wczoraj, że w ciągu trzech kwartałów tego roku wydaliśmy na tego typu produkty 29,5 mld zł, aż o 57 proc. więcej niż rok wcześniej. Tak znakomitych wyników ten rynek nie miał jeszcze nigdy.

Paradoks polega na tym, że dobre dane nie przekładają się na zyski ubezpieczycieli. Powód: skok dynamiki to efekt popularności lokat bankowych opakowanych w polisy. Dzięki temu zabiegowi nie trzeba płacić podatku Belki. Banki chętnie sprzedawały takie produkty, a ubezpieczyciele dostarczali opakowań. Za wzrost tej części rynku odpowiadają przede wszystkim trzy firmy: PZU Życie, PKO BP i Millennium. PZU Życie dzięki współpracy z tymi bankami zebrał na koniec III kwartału 10,7 mld zł składek, prawie dwa razy więcej niż przed rokiem.

Problem w tym, że tzw. antybleki mogą z rynku bardzo szybko zniknąć. Royal Polska podał niedawno, że z 1000 zł składki ma zaledwie 2 zł zysku. Towarzystwa mogły pozwolić sobie na tak niskie marże, dopóki kapitał na rynku był tani. Dziś już wiadomo, że z rentownością ubezpieczycieli nie jest najlepiej. Zyski towarzystw życiowych, według danych Głównego Urzędu Statystycznego, po III kwartałach wyniosły 2,17 mld zł. Rok wcześniej było to o 700 mln zł więcej.

Całkiem możliwe, że był to dla ubezpieczycieli życiowych ostatni dobry rok. – 2009 r. przyniesie nie tylko wyhamowanie dynamiki, ale wręcz spadek nominalnej wartości składek – mówi Marcin Mazurek, szef Intelace Research, firmy analizującej sektor finansowy. W porównaniu z rynkiem życiowym segment majątkowy zamknął III kwartał bez fajerwerków. Na tego typu polisy wydaliśmy 15,4 mld zł, o 11,8 proc. więcej niż przed rokiem. – Wzrost rynku majątkowego wynika głównie z podatku Religi. Oczywiście to nie jest jedyna przyczyna – twierdzi Marcin Broda, wiceprezes firmy Ogma monitorującej rynek ubezpieczeniowy. Na szczęście zarówno dla towarzystw, jak i dla ich klientów od 1 stycznia podatek Religi – kosztujący rocznie kierowców 700 mln zł – znika.

Eksperci przewidują, że trzeci kwartał to ostatni okres stabilnego wzrostu rynku majątkowego. – Ostatnie dane pochodzą z końca września, czyli z okresu, gdzie o kryzysie jeszcze nie mówiono tak wiele, a koniunktura w Polsce była dobra. Oczywiście nie ma mowy o spadku wartości składek na przykład o 20 proc. Rynek majątkowy będzie w przyszłym roku rósł, ale powoli, w tempie 4 – 7 proc. – twierdzi Broda.

Marcin Tarczyński
Dziennik Finansowy

Zachód nie ufa naszej walucie

Bank JP Morgan chciał manipulować kursem złotego?

Analitycy banku JP Morgan opublikowali niepokojące dla Polski opracowanie, w którym stwierdzają m.in., że kryzys walutowy grozi poważnym osłabieniem polskiej waluty. Polscy ekonomiści twierdzą, że amerykański raport jest nierzetelny, nieprofesjonalny i że bank mógł chcieć wpłynąć nim na kurs złotego.

W opublikowanym wczoraj raporcie analitycy JP Morgan napisali: „Główną walutą, w której obecnie widzimy słabość, jest złoty. (...) Polska wydaje się mieć mniejszą poduszkę niż Węgry i w razie kryzysu zostałaby prawie bez rezerw” - podaje "Rzeczpospolita".

"JP Morgan to największy bank w USA. Według jego analityków w ostatnim czasie bardzo szybko rósł krótkoterminowy dług zewnętrzny Polski. Wylicza, że w przyszłym roku możemy być zmuszeni spłacić 96,3 mld dol. Tymczasem rezerwy walutowe wynoszą tylko 59,5 mld dol., a trzeba jeszcze finansować import (19,6 mld dol.) Zdaniem JP Morgan Polska może pożyczyć z MFW do 12,8 mld dol. i odsunąć spłatę połowy krótkoterminowego długu. Jednak nawet w przypadku takiego scenariusza zostanie nam zaledwie 4,5 mld dol. rezerwy. Węgrom w podobnej sytuacji zostałoby 14 mld dol., Czechom 23,7 mld dol. – W razie kryzysu Polska miałaby więc największe problemy z pozyskaniem finansowania – uważa JP Morgan." - czytamy dalej.

Polscy ekonomiści są oburzeni raportem. Oceniają go jako nierzetelny i niegodny profesjonalnych analityków. Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, uważa, że Amerykanie wykorzystali nieaktualne dane. "– O tym, że krótkoterminowe zadłużenie przekroczyło poziom rezerw dewizowych, wiadomo było już w połowie roku. Wynikało to z wysokiej, 40-proc., dynamiki przyrostu kredytów w walutach obcych. Od tego czasu akcja kredytowa bardzo mocno osłabła." - czytamy w "Rzeczpospolitej".

Niektórzy analitycy twierdzą nawet, że raport miał na celu osłabienie kursu złotego. Na szczęście nie przyniósł spodziewanego efektu. Z powodu spowolnienia popytu wewnętrznego i ograniczeń w udzielaniu kredytów agencja Standard&Poor's zrewidowała wczoraj perspektywę ratingu zadłużenia długoterminowego Polski w walucie zagranicznej z pozytywnej do stabilnej. Jednak w jej ocenie Polska uniknie recesji, a wzrost PKB w 2009 r. wyniesie ok. 4 proc.

Więcej na ten temat w artykule Elżbiety Glapiak "JP Morgan chciał uderzyć w złotego?" w dzisiejszym wydaniu "Rzeczpospolitej".

KW


Zachód nie ufa naszej walucie

Złoty w ubiegłym tygodniu przeżywał ciężkie chwile. Kurs przekraczał kolejne bariery, aż w końcu osiągnął pułap 3 zł za dolara i 5 zł za funta. Analityków przeraziło tempo spadków. – Skala zmian była rzeczywiście duża – przyznaje Piotr Kalisz z Citibanku. Pojawiły się nawet podejrzenia, że polska waluta padła ofiarą ataku spekulacyjnego. Szybkość, w jakiej złoty tracił na wartości, była tak gigantyczna, że chwilami przypominała dramat przeżywany przed laty przez funta szterlinga i dolar Hongkongu. Złoty stracił od poniedziałku do piątkowego południa aż 20 proc. w stosunku do dolara. Na szczęście pod koniec dnia zaczął się umacniać.

Analitycy jednak uspokajają: nikt nie zaatakował naszej waluty. Czarna środa, czyli walka o funta, która rozegrała się 16 września 1992 r. w Wielkiej Brytanii, Polsce nie grozi.

Funt padł ofiarą ataku przede wszystkim dlatego, że kurs brytyjskiej waluty był usztywniony wobec marki niemieckiej. Wahania funta nie mogły przekraczać 6 proc. wyznaczonego parytetu, który został ustalony na poziomie 2,95 marki za funta. W momencie przystępowania Wielkiej Brytanii do ERM (czyli do systemu redukcji wahań kursowych walut państw członkowskich Unii) w październiku 1990 r. marka postrzegana była jako silna waluta umocniona dobrą polityką banku centralnego.

Sytuacja zmieniła się w 1992 r., kiedy Niemcy zaczęły odczuwać silną presję inflacyjną wywołaną dużymi kosztami inwestycji w dawnym NRD. Podniosły więc stopy procentowe. Okazały się one zbyt wysokie w stosunku do sytuacji gospodarczej w Wielkiej Brytanii.

Wykorzystały to fundusze spekulacyjne na czele z mało jeszcze znanym inwestorem Georgem Sorosem. Zaczął on wówczas wyprzedawać funta, żeby jak najbardziej go osłabić.

Brytyjczycy mieli dwie możliwości obrony: podnosić i tak już wysokie stopy procentowe, co doprowadziłoby do recesji, albo zmienić kurs funta przez jego upłynnienie, rezygnując z powiązania z marką, lub dewaluację.

Wszystkie akty dramatu rozegrały się jednego dnia – 16 września 1992:
- Kanclerz skarbu Norman Lamont podniósł bazową stopę procentową o 2 pkt proc., a kilka godzin później obiecał kolejna podwyżkę o 3 pkt proc., do 15 proc.
- Wielka Brytania jednocześnie wyprzedawała rezerwy walutowe, ponieważ jednak skupowała funta na rynkach, płacąc za niego markami, oraz obniżyła wartość waluty niemieckiej. Nie podobało się to Berlinowi. Do tego dalsza deprecjacja marki zagrażała całemu ERM.
- 19.00 Downing Street poddał się: brytyjski rząd ogłosił wystąpienie Wielkiej Brytanii z ERM i upłynnił kurs funta, który ustalił się na poziomie o 15 proc. niższym od parytetu wymiany.

George Soros odniósł pełne zwycięstwo – zarobił wtedy ponad 1 mld dol. Straty poniesione przez skarb brytyjski przekroczyły 3 mld funtów.

Inaczej potoczyła się batalia w Hongkongu, który w latach 1997 – 1998 doświadczył aż czterech dużych ataków spekulacyjnych na walutę. Fundusze zarządzające akcjami sprzedawały je za dolary Hongkongu, kupowały za nie dolary amerykańskie i w ten sposób osłabiały walutę Hongkongu. Co więcej, prowadziły również podobne operacje na rynku walutowym, wywołując podwójną presję na osłabienie dolara Hongkongu. Gdyby władze podjęły decyzję o dewaluacji waluty, spekulanci mogliby spłacić właścicieli akcji taniej, niż je sprzedawały, i zarobić na różnicy kursów. Misterny plan jednak nie powiódł się. Władze monetarne Hongkongu stanowczo broniły kursu waluty. Miały wystarczająco dużo rezerw walutowych, by utrzymać sztywny kurs wobec dolara amerykańskiego. Walka jednak była dramatyczna: Hongkong 23 października 1997 r. podniósł stopę na rynku międzybankowym aż do 280 proc., a w sierpniu 1998 r. interweniował na giełdzie, zapobiegając spadkowi notowań. Fundusze odeszły z kwitkiem.

Analitycy twierdzą, że takie scenariusze nie mają raczej w Polsce szans realizacji. Dlaczego? Bo kurs złotego jest płynny i nie ma przesłanek gospodarczych, które by uzasadniały tak silną deprecjację. Ataki spekulacyjne – takie jak w Wielkiej Brytanii w i Hongkongu – wykorzystywały istniejące w gospodarce napięcia, od których Polska jest wolna. Eksperci przyznają jednak, że złoty nie jest wystarczająco mocną walutą, aby uniknąć wrzucenia go do jednego koszyka z forintem czy ukraińską hrywną. Może więc być wyprzedawany, gdy w którejś z gospodarek naszego regionu zaczynają się kłopoty. – Europa Środkowa postrzegana jest jako zagrożony region. Zniechęca to inwestorów długoterminowych, jednak przyciąga kapitały spekulacyjne – przyznaje Kalisz.

DOMINIKA DRZEWIECKA

Dziennik Finansowy

NBP: System finansowy jest stabilny, ale ryzyko wzrosło

NBP: System finansowy jest stabilny, ale ryzyko wzrosło

Warszawa, 20.10.2008 (ISB)

- Bieżąca sytuacja krajowego systemu finansowego jest dobra, ale utrzymujący się kryzys na rynkach globalnych sprawia, że ryzyko dla działalności systemu finansowego w Polsce wzrosło, napisał Narodowy Bank Polski (NBP) w "Przeglądzie stabilności systemu finansowego. Październik 2008 r.", opublikowanym w poniedziałek.

"W krótkim okresie głównym źródłem ryzyka jest obniżenie płynności krajowego rynku międzybankowego w wyniku spadku wzajemnego zaufania banków. Spadek ten wynikał z wydarzeń na globalnym rynku finansowym. Pogorszenie sytuacji finansowej części inwestorów strategicznych polskich instytucji finansowych powoduje również, ze ich spółki zależne są narażone na negatywne skutki spadku zaufania do podmiotów macierzystych, pomimo dobrej sytuacji finansowej spółek zależnych" - głosi raport.

Zdaniem NBP dotyczyć to może w szczególności spółek finansujących swoją działalność środkami pozyskanymi z instytucji finansowych. Innym skutkiem obniżonego zaufania na rynku międzybankowym mogą być trudności niektórych banków w zabezpieczaniu pozycji przed ryzykiem rynkowym, ze względu na obniżenie limitów kredytowych oraz ograniczenia obrotów na rynkach instrumentów pochodnych.

"W średnim okresie natomiast wzrosło ryzyko dla stabilności systemu finansowego w Polsce ze względu na pogorszenie perspektyw wzrostu gospodarczego w wyniku spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego u głównych partnerów handlowych Polski. Niższy wzrost gospodarczy wiąże się z możliwością zmaterializowania się ryzyka kredytowego, które w coraz większych rozmiarach obecne jest w bilansach banków" - czytamy dalej.

NBP zauważa, że pomimo dobrych bieżących wyników finansowych banków, w I półroczu 2008 r. można zauważyć pierwsze symptomy materializacji ryzyka podejmowanego przez banki w okresie dynamicznego wzrostu akcji kredytowej. Było to widoczne we wzroście odpisów na kredyty o obniżonej jakości.

"Innym wyzwaniem dla utrzymania stabilności systemu finansowego jest zmniejszanie się bufora kapitałowego banków, będącego zabezpieczeniem przed wystąpieniem niekorzystnych zjawisk o nieoczekiwanie dużej skali" - napisał NBP.

Jednak na dziś NBP ocenia bieżącą sytuację systemu finansowego w Polsce jako dobrą. W okresie objętym analizą instytucje finansowe, szczególnie banki, uzyskiwały dobre wyniki finansowe. Również sytuacja finansowa instytucji zarządzających funduszami była dobra pomimo kontynuacji spadków aktywów funduszy inwestycyjnych oraz ujemnych wyników inwestycyjnych funduszy emerytalnych, wynikających ze spadku cen akcji i wzrostu rentowności obligacji.

"Utrzymujący się kryzys na rynkach globalnych sprawia jednak, że ryzyka dla działalności systemu finansowego w Polsce wzrosły" - ostrzega raport.

Pozytywnie także oceniany jest wpływ sytuacji makroekonomicznej Polski stabilność systemu finansowego.

"Uzyskiwaniu dobrych wyników finansowych przez banki sprzyjał szybki wzrost gospodarczy, w tym wysokie tempo wzrostu spożycia indywidualnego oraz dynamiczny wzrost popytu inwestycyjnego" - wynika z raportu banku centralnego.

NBP ostrzega, że dobre czasy dla instytucji finansowych kończą się i należy liczyć się z kłopotami, bowiem w analizowanym okresie istotnie wzrósł wpływ kryzysu na globalnym rynku finansowym na polski system finansowy. Kryzys ten wpływał na stabilność krajowego systemu finansowego na kilka sposobów.

"Wzrosło ryzyko makroekonomiczne, związane ze skalą oczekiwanego spowolnienia gospodarczego w gospodarkach głównych partnerów handlowych Polski. Możliwość materializacji tego ryzyka jest istotna ze względu na wzrost średnioterminowego ryzyka wynikającego ze wzrostu akcji kredytowej" - czytamy w raporcie.

Wśród głównych zagrożeń eksperci NBP wymieniają negatywne efekty spadku zaufania uczestników rynku do spółek zależnych globalnych instytucji finansowych i związane z tym utrudnione pozyskiwanie środków na krajowym rynku międzybankowym. Prowadzi to do pogorszenia się sytuacji finansowej i płynnościowej banków, a konsekwencją może być spadek akcji kredytowej przekładający się na niższy popyt czyli słabszy wzrost gospodarczy.

"Oczekiwane w przyszłości trudniejsze warunki działania sprawiają, że banki powinny utrzymywać wyższy poziom bufora kapitałowego, będącego zabezpieczeniem przed wystąpieniem niekorzystnych zjawisk o nieoczekiwanie dużej skali. (...) Jest więc pożądane, aby banki prowadziły ostrożną politykę dywidendową i kredytową, tak, aby posiadany przez nie bufor kapitałowy pozwolił na zaabsorbowanie niekorzystnych skutków ewentualnego spowolnienia wzrostu gospodarczego" - zaleca NBP. (ISB)

lk/amo

Źródło: Internet Securities Businesswire

NINJA, czyli pół prawdy

NINJA, czyli pół prawdy


Winę za obecne załamanie gospodarcze w Stanach Zjednoczonych ponoszą tylko i wyłącznie politycy. Jeśli sami tego nie zrozumieją, Ameryce grozi krach na niespotykaną dotąd skalę. Niestety, dostanie się i Polsce.

Oficjalnie, czyli na potrzeby mediów, powodem krachu instytucji finansowych jest „kryzys kredytów hipotecznych”. A co w takim razie było przyczyną kryzysu tych kredytów? To też wydaje się jasne: niewypłacalność dłużników. Miliony Amerykanów nie spłaca swoich długów. Banki nie dostają swoich pieniędzy. Są zagrożone. Co prawda, problemy z dłużnikami nie pojawiły się od dzisiaj, jak to się jednak stało, że nagle tak dużo ich nie wywiązuje się ze swoich zobowiązań.

Tym bardziej że skutkiem zaległości w spłacie jest foreclosure, czyli procedura przymusowego przejęcia zadłużonej nieruchomości przez bank; dłużnik traci swój dom, mieszkanie, pieniądze. Trudno więc podejrzewać, żeby powodem wstrzymania spłaty kredytu był jakiś bunt dłużników czy też chęć dokuczenia bankom. A zatem co? I na to pytanie media mają dość prostą odpowiedź: NINJA. Akronim ten pochodzi od amerykańskiego terminu określającego złego kredytobiorcę: „no income, no job, no assetts” (brak dochodu, brak pracy, brak majątku). Jak to się stało, że banki udzieliły kredytu tak wielu dłużnikom nieposiadającym pracy, dochodu i majątku?

Tajemnicze kredyty

I tutaj problem się komplikuje. Do niedawna na to pytanie nie podawano żadnej odpowiedzi albo tłumaczono wymijająco: panował boom na rynku nieruchomości i każdy chciał z niego skorzystać, głównie jednak spekulanci. Problem w tym, że rzadko sama potrzeba pożyczkobiorcy wystarczy do otrzymania kredytu. Banki nie są instytucjami samoobsługowymi. Do otrzymania kredytu konieczna jest ich zgoda, oparta na wnikliwej analizie możliwości finansowych dłużnika. Skoro tak wielu z nich nie spełniało kryteriów dobrego kredytu, na jakiej podstawie banki im go udzieliły? W tej kwestii do niedawna panowało milczenie. Dopiero w ostatnich dniach września pojawiła się na You Tube wypowiedź wyjaśniająca sprawę. Udzielił jej senator z Connecticut, Christoher J. Dodd, nazywając sprawę po imieniu, a brzmi ono: CRA, czyli Community Reinvestment Act. Jest to ustawa, przyjęta przez Kongres w 1997 r. za prezydentury Billa Clintona, której celem była ochrona „kredytobiorców mniejszościowych”, czyli ludności kolorowej, ubogiej, znajdującej się w złych warunkach materialnych, przed złym traktowaniem jej przez banki.

Wypowiedź senatora Dodda wywołała konsternację. Padła bowiem z ust przedstawiciela Partii Demokratycznej, szczególnie wrażliwej na losy mniejszości. Mimo to coś w niej było na rzeczy. Ameryka, w tym i amerykańskie banki od dawna sparaliżowane są ustawodawstwem antydyskryminacyjnym, zakazującym wynajmowania lokali przedstawicielom mniejszości, zwalniania ich z pracy czy odmowy udzielenia kredytu – bez względu na to, jak racjonalne byłyby przyczyny tej odmowy. Jednakże powoływanie się na CRA to tylko półprawda. Wprawdzie wśród ofiar foreclosure jest wielu przedstawicieli „dyskryminowanych mniejszości”, nie oni stanowią większość kredytobiorców z grupy NINJA i grupy zalegających dłużników. Jeśli zatem nie oni są winni, to kto?

Cała prawda

Prawdziwe korzenie kryzysu są głębsze i mają głównie charakter polityczny. Należą do nich: kosztowna wojna na Środkowym Wschodzie (300 mln dolarów dziennie), rozrzutna polityka w zakresie finansów publicznych podnosząca deficyt budżetowy do niewyobrażalnych rozmiarów (30 bilionów dolarów), interwencjonizm, czyli ręczne sterowanie gospodarką przez polityków i będąca jego konsekwencją luźna polityka monetarna FED. Z jednej strony, George W. Bush, po swoim wątpliwym zwycięstwie wyborczym w 2000 r. chciał Amerykanów kupić, już to darmowymi lekami dla emerytów, już koncesjami dla rolnictwa i przemysłu oraz świadczeniami socjalnymi na niespotykaną dotąd skalę, z drugiej zaś po zamachu z 11 września 2001 potrzebne były ogromne pieniądze na wojnę z terroryzmem. O ile Stany Zjednoczone stać by było na każdy z tych wydatków z osobna, o tyle prowadzenie ich równocześnie jest dla gospodarki tego kraju ponad siły. Skutkiem nałożenia się welfare na warfare było pojawienie się inflacji.

I to jest główne nieszczęście!

Jeśli bank centralny, powołany do kontrolowania płynności na rynku pieniężnym, pompuje do banków komercyjnych miliardy dolarów, licząc im za te pieniądze niewiele powyżej 1 proc. w skali rocznej, a czasem nawet mniej, to trzeba naprawdę dużej wyobraźni, odpowiedzialności albo pesymizmu, by z takiej okazji zrezygnować. Ekspansja kredytowa zapoczątkowana przez prezesa banku centralnego USA, czyli Rezerwy Federalnej (FED), Alana Greenspana, a później z powodzeniem kontynuowana przez jego następcę, Boba Bernanke miała posłużyć całej gospodarce. Tymczasem przysłużyła się wyłącznie politykom, którzy z powodzi monetarnej korzystali, finansując wojnę i socjal, właśnie welfare i warfare.

Banki zalane tanim pieniądzem oferowały kredyty za pół darmo, i to każdemu, nawet NINJA, patrząc przez palce na perspektywy ewentualnej niewypłacalności. A przecież już ponad pół wieku temu Ludwik von Mises, a później Murray N. Rothbard ostrzegali, że drukowanie pieniędzy bez oparcia ich na oszczędnościach i realnych dobrach jest wysoce ryzykowne. Nie dość, że daje to przedsiębiorcom zły sygnał co do kondycji gospodarki, to na dodatek wywołuje inflację. Bo to nie wysokie ceny ropy naftowej, jak to się gładko mówi w radiu, tv i na większości uniwersytetów, wywołują inflację, lecz inflacja wywołuje wysokie ceny ropy i wszystkiego innego.

To wzrost inflacji zmusił w końcu FED (w połowie 2007 r.) do powstrzymania podaży pieniądza, i tym samym do podniesienia oprocentowania kredytów, a ponieważ w okresie boomu gros kredytów udzielanych na kupno nieruchomości miało oprocentowanie zmienne, z chwilą korekty ceny pieniądza, koszty obsługi wzrosły powyżej zdolności finansowych wielu kredytobiorców. Ci ostatni tracili domy, banki zaś płynność. Zamiast pozostawić wtedy rynek samemu sobie, aby dokonał oczyszczenia gospodarki z podmiotów, które dobrowolnie i świadomie podjęły błędne decyzje, nie dają sobie rady, więc muszą upaść, rząd wraz z FED zaczął to wszystko ratować; najpierw poprzez wzrost płynności, czyli ponowną obniżkę stóp bazowych, następnie poprzez bezpośrednią pomoc finansową dla zagrożonych instytucji, aż wreszcie nacjonalizując upadające firmy.

Jeśli Biały Dom ma tak wielkie serce, to zamiast rabować biednych i dawać bogaczom, mógł pomóc niewypłacalnym posiadaczom nieruchomości i podarować im pieniądze na spłatę hipoteki – tak jak daruje firmom finansowym. W ten sposób ci ostatni uratowaliby swe domy, a banki otrzymały swoje pieniądze. Rozwiązanie równie szkodliwe, ale znacznie bardziej „ludzkie”.

Socjalizm w natarciu

Inflacja wzrosła do poziomu nie notowanego od 12 lat. Co gorsza, biznes, który zwykle nie zna kulisów programów ratunkowych i skomplikowanych interwencji monetarnych uznał, że skoro pieniądz jest taki tani i jest go tak dużo, znaczy gospodarka jest rozgrzana i będzie się rozwijać. Nastąpiła seria błędnych decyzji inwestycyjnych, w wyniku których straty poniosła także motoryzacja, potem transport, budownictwo i parę innych sektorów. Jednocześnie wprowadzeni w błąd inwestorzy giełdowi kupowali papiery nadal, doprowadzając do ich sztucznej aprecjacji.

Popularnym wehikułem inwestycyjnym stały się zsekurytyzowane długi hipoteczne. Kiedy dłużnicy przestali je spłacać, obligacje, których długi hipoteczne były zastawem, stały się kawałkiem papieru. Gdy rynek poznał prawdę; kiedy dowiedział się, że te papierowe „papiery” stanowią główny majątek takich potentatów finansowych, jak Lehman Brothers, Merrill Lynch, AIG i wielu innych, parkiety zaczęły się walić. I wtedy politycy, którzy nie tak dawno uspokajali Amerykę, że „finanse kraju są pod kontrolą”, postanowili wpompować w gospodarkę jeszcze więcej papieru, za które chcą ratować banki, powiększając deficyt budżetowy, osłabiając pieniądz i rabując zwykłych ludzi z dorobku ich życia.

Dobitnym przykładem takiej polityki jest chociażby nacjonalizacja banków Fannie Mae, Freddie Mac, upaństwowienie giganta ubezpieczeniowego AIG, oraz quasi-nacjonalizacja (w następstwie bankructwa) banku Washington Mutual. W konsekwencji wielu biznesmenów jest dziś przekonanych, że bez względu na to, jak dobrze (czy źle) pokierują swoimi firmami, rząd i tak weźmie za to odpowiedzialność. Za tę ich beztroskę musi zapłacić podatnik, któremu wmawia się, że jest to kryzys kapitalizmu. Tymczasem zrzucanie winy za kryzys na kapitalizm to absurd. Istotą kapitalizmu jest wolność, konkurencja, poszanowanie własności prywatnej, równość szans, a nie redystrybucja, czyli zabieranie jednym i dawanie drugim. To czystej wody socjalizm!

Jan M. Fijor

Więcej w Miesięczniku Finansowym BANK


Wiadomości
News in English
Twoja Wiadomość / Your News
O Instytucie
Szkolenia
Partnerzy